Dlaczego europejski plan budowy gigafabryk AI może nie wzmocnić suwerenności technologicznej w Europie?
W opublikowanym 7 sierpnia 2026 r. artykule na łamach dziennika „South China Morning Post” udzieliłem komentarza dotyczącego najnowszego planu Unii Europejskiej dotyczącego budowy gigafabryk AI. Z inicjatywy Brukseli uruchomiono w końcu przetarg opiewający łącznie na 30 mld euro, z czego 10 mld euro pochodzi ze środków publicznych, a 20 mld euro ma wpłynąć od inwestorów prywatnych, na stworzenie do siedmiu tzw. gigafabryk sztucznej inteligencji. Choć cel nadrzędny, czyli dogonienie Stanów Zjednoczonych oraz Chin, jest słuszny, w rozmowie z redakcją zwróciłem uwagę na poważne ryzyka i luki w obecnych założeniach Komisji Europejskiej.
Założenia przetargu i problem ze zbytem mocy
Główny problem proponowanego mechanizmu polega na braku odpowiednich obostrzeń dotyczących tego, komu producenci będą mogli sprzedawać moc obliczeniową. Zasady Unii Europejskiej ograniczają strukturę właścicielską samych centrów danych, ale niemal wcale nie regulują odbiorców ich usług. W efekcie budujemy infrastrukturę, z której ostatecznie skorzystają pozaeuropejskie korporacje technologiczne, a nie lokalny ekosystem.
Wskazałem, że właściciele nowo powstałych gigafabryk nie będą mieli żadnych oporów, aby odprzedać swoją moc hiperskalerom. Dla europejskiego inwestora umowa z jednym gigantem, takim jak Google, jest po prostu znacznie prostsza i często bardziej opłacalna finansowo. Big tech może zaoferować 2 mld euro za gigawat mocy od ręki. W ten sposób zarządca gigafabryki oszczędza na marketingu i uniknie konieczności pozyskiwania dziesiątek mniejszych europejskich start-upów. W praktyce za europejskie pieniądze przygotowujemy grunt pod rozwój zagranicznych podmiotów.
Uzależnienie sprzętowe i ryzyko geopolityczne
Kolejny słaby punkt to uzależnienie od dostawców sprzętu. Urzędnicy unijni podpisali listy intencyjne z producentami układów scalonych, takimi jak Nvidia, AMD czy Qualcomm. Wymóg instalowania najnowocześniejszych procesorów de facto zmusza realizatorów projektów do kupowania technologii od jednego dominującego dostawcy. Taka zależność niesie ze sobą istotne zagrożenia geopolityczne. Amerykańscy producenci coraz częściej oferują zamknięte, prawnie zastrzeżone systemy, które uzależniają klienta od ich ekosystemu. Co więcej, administracja w Waszyngtonie wielokrotnie pokazywała, że potrafi arbitralnie ograniczać dostęp do technologii.
Polska odczuła to ryzyko bezpośrednio. W styczniu 2025 r., w ostatnich dniach kadencji prezydenta Joego Bidena, Waszyngton ogłosił listę 18 państw sojuszniczych z nielimitowanym dostępem do zaawansowanych chipów AI. Wśród dziesięciu pominiętych krajów Unii Europejskiej znalazła się Polska, mimo że tworzymy kluczową flankę NATO. Choć nowa administracja cofnęła te przepisy dwa dni przed ich wejściem w życie, sytuacja ta wyraźnie pokazuje, jak niebezpieczne jest opieranie rozwoju na zamkniętych technologiach z USA. Podczas gdy Chiny czy inne rynki silnie rozwijają otwarte oprogramowanie open source, podmioty z USA dążą do zamknięcia klientów w swoich rozwiązaniach.
Zbyt wolne tempo w starciu z rynkiem
Oprócz kwestii uzależnienia technologicznego duży niepokój budzi ślamazarność procedur w Brukseli. Biurokratyczne procesy weryfikacji i zatwierdzania wniosków sprawią, że pierwsze gigafabryki powstaną najwcześniej pod koniec 2027 r., a realnie w latach 2028-2029. Rynek sztucznej inteligencji rozwija się w tempie uniemożliwiającym stosowanie metod finansowania pamiętających lata 90. XX w. Za trzy lub cztery lata będziemy funkcjonowali w zupełnie nowej rzeczywistości technologicznej.
Unia Europejska słusznie zauważyła, że infrastruktura obliczeniowa stała się elementem władzy geopolitycznej. Jednak bez zagwarantowania dostępu do mocy obliczeniowej dla rodzimych firm oraz bez budowy własnego ekosystemu sprzętowo-programistycznego ambitny plan gigafabryk stanie się jedynie zapleczem dla pozaeuropejskich graczy.
Comments
Leave a Comment